Spis treści

MISTYCYZM
(tekst wykładu z dn. 24.04.1998)
Copyright © Adam Bytof, 1998

CZĘŚĆ I

Dzień dobry. Witam was wszystkich bardzo serdecznie i dziękuję, że chcecie poświęcić swój czas na nasze spotkanie. Czuję się bardzo zaszczycony mogąc mówić na najważniejszy w moim życiu temat. Myślę, że temat ten jest najważniejszy w życiu każdego człowieka, nawet wtedy, gdy nie zdaje on sobie z tego sprawy. Tematem tym jest mistycyzm i mistyczne stany świadomości.

Dla wielu ludzi jest to zaskakujące. Jak to? Mistycyzm miałby być najważniejszym tematem w moim życiu? Oczywiście szanuję religię i duchownych, ale w żadnym razie nie widzę siebie jako mistyka. Mistycyzm nie jest dla mnie.

Taka postawa wynika z nieporozumienia, czym jest mistycyzm. Większość z nas kojarzy mistycyzm ze średniowieczem, z mnichami, zakonami, z brakiem kontaktu ze światem materialnym, ze światem zwykłych ludzi. Mistycyzm kojarzony jest z religijnością zakonną. W odbiorze społecznym zazwyczaj mistycy to osoby zakonne: Ojciec Pio, św. Jan od Krzyża, Ojciec de Mello, św. Teresa z Avila, Ramana Maharshi, Ramakrishna, Bal Szem Tow i in. Tymczasem mistyk nie ma nic wspólnego z rolą społeczną. Mistykiem może być każdy, niezależnie od roli, którą pełni w społeczeństwie. Mistykami bywają również menedżerowie, muzycy, artyści, naukowcy, urzędnicy, politycy, gospodynie domowe i robotnicy. Mistycyzm to etap w rozwoju świadomości, w rozwoju osobowości. Myślę tu o zdrowym mistycyzmie. Etap ten następuje po etapie racjonalizmu, po wyczerpaniu się i dojściu do granic rozsądku, racjonalnego myślenia, do granic ego-osobowości. Czasami ludzie mylą etap przedracjonalny, mityczny z mistycznym, ponadracjonalnym. Dlatego też mistyk kojarzy im się z osobą trochę niezrównoważoną, bujającą w obłokach, nie z tego świata itp. To jest chory mistycyzm. Polega on na cofnięciu się w rozwoju do etapu przedracjonalnego w świat fantazji dziecka. Kiedy człowiek doświadczy granic myślenia, granic własnego ego, co jest procesem czasami bardzo bolesnym, może upaść i powrócić do etapów wcześniejszych. Ukryje się przed rozwojem w mitologii, w ideologii, zaprzeda własną duszę diabłu grupy, zbiorowej, kolektywnej religii, sekty, nieświadomości. Może również cofnąć się jeszcze bardziej i popaść w etap magiczny, etap psychozy, w świat snu i wylądować w szpitalu psychiatrycznym. Do tego może doprowadzić chory mistycyzm. Nic więc dziwnego, że ludzie słysząc słowo mistyk czują się trochę dziwnie i spoglądają nieco podejrzliwie.

Zdrowy mistycyzm jest etapem, który przekracza myślenie, a nie próbuje go wyeliminować. Albert Einstein, którego nie można podejrzewać o słabość w dziedzinie myśli, zakończył swe życie jako mistyk. Pisał w ten sposób:

“Najgłębszym i najszlachetniejszym uczuciem jakiego możemy dostąpić, jest przeżycie mistyczne. Z niego kiełkuje wszelka prawdziwa nauka. Komu to uczucie jest obce, kto nie potrafi już ani dziwić się, ani zatracić w podziwie, ten jest martwy. Wiedza o tym, że niezbadane egzystuje naprawdę i że objawia się ono jako najwyższa prawda i promieniujące piękno – o czy możemy mieć jedynie mętne pojęcie – ta wiedza i to poczucie są jądrem wszelkiej prawdziwej wiary. Tylko w takim znaczeniu zaliczam się do prawdziwie religijnych ludzi.”

Podobnie mistyczne wypowiedzi można znaleźć u największych naukowców XX wieku i wcześniej. Poza Einsteinem wystarczy wymienić chociażby Erwina Schródingera, Dawida Bohma, Sir Arthura Eddingtona, Sir Jamesa Jeansa, Isaaca Newtona i in.

Mistycyzm jest naturalnym etapem rozwoju osobowości, rozwoju człowieka. Stajemy się mistykami, gdy zaczynamy doświadczać tego, co istnieje ponad zwykłą świadomością, gdy docieramy do Nadświadomości, doświadczamy Ducha w nas samych.

Racjonalista, wcześniej czy później w swoim życiu, dochodzi do granicy własnego umysłu, do granicy ego. Zadaje sobie pytania na które nie ma odpowiedzi i ma w tym momencie szansę wkroczyć w nowy etap, przekroczyć ego, doświadczyć oświecenia albo zbawienia. Bez doświadczenia mistycznego nasze życie wydaje się niepełne, mamy poczucie ciągłego “niedosytu” życia. Doświadczenie mistyczne dopełnia nasze życie i czyni je szczęśliwszym. Robert Oppenhaimer, słynny fizyk, powiedział:

Owe dwa sposoby myślenia, droga czasu i historii oraz droga wieczności i bezczasowości, stanowią część ludzkiego wysiłku, zmierzającego do zrozumienia świata, w którym żyje. Żaden z nich nie daje się pojąć przez drugi ani doń zredukować. Stanowią one, jak to mawiamy w fizyce, komplementarne punkty widzenia, każdy z nich jest dopełnieniem drugiego, żaden nie daje pełnego obrazu.

Mistycyzm więc jest zadaniem i przyszłością każdego rozwijającego się człowieka, jest przede mną i przed tobą, jest naszą przyszłością.

Znacie tą historyjkę o czterech aniołach, którzy towarzyszyli Bogu, gdy stwarzał świat?

Kiedy Bóg stwarzał świat zwróciło się do niego czterech aniołów. Pierwszy zapytał: “Jak ty to robisz?”
Drugi: “Czemu to robisz?”, trzeci: “Czy mogę w czymś pomóc?” Czwarty: “Ile to jest warte?”
Pierwszy był naukowcem; drugi filozofem; trzeci altruista, a czwarty pośrednikiem w handlu nieruchomościami.
Piąty anioł przyglądał się w zadziwieniu i bił brawo z bezmiernego zachwytu. Ten był mistykiem.

Zauważcie że tylko mistyk miał w sercu radość, tak naprawdę tylko on był szczęśliwy. Trwałe szczęście można w życiu osiągnąć tylko poprzez rozwój duchowy i wkroczenie na etap mistyczny. Ken Wilber – znakomity filozof i psycholog – powiedział, że “naprawdę szczęśliwym można być tylko w drzemce podświadomości albo w przebudzeniu nadświadomości, wszystko inne jest tylko różnym stopniem piekła”. Nadświadomość to sfera w której zostaje przekroczona nasza zwykła codzienna świadomość, nasze ego, czyli poczucie ja, takie jakie mamy w tej chwili. Przekraczając to poczucie odnajdujemy swoją głębszą tożsamość, nasze prawdziwe Ja, które jest źródłem szczęścia i miłości. Przekonujemy się, że tak naprawdę to nasze ego pełniło rolę fałszywego ja i w porównaniu z trwałością i wiecznością Jaźni było tylko tymczasową zjawą, zjawiskiem. Do ego właśnie należą takie uczucia jak lęk przed śmiercią, lęk przed nieistnieniem, zawiść, zazdrość, nienawiść, agresja, gniew, pożądanie, chciwość itd. Do ego należą wszystkie nasze problemy. Gdy przebudzimy się do nadświadomości spojrzymy na ego i jego problemy jak na problemy dziecka, które nie może zbudować zamku na plaży. I choć przeżywa prawdziwy smutek, złość, żal, może nawet rozpacz – to jednak my wiemy, że nie są one tak naprawdę najważniejsze i nie poddajemy im się. Mamy inną perspektywę. Zdaje się, że to Jung powiedział, że rozwiązanie naszych problemów nigdy nie znajduje się na poziomie na którym problemy powstają, lecz na wyższym. W gruncie rzeczy tych najgłębszych problemów życiowych nie da się rozwiązać, lecz można z nich jakby “wyrosnąć”. Przekroczyć je w swoim rozwoju. Dlatego mistycy są ludźmi szczęśliwymi. Mają w sobie poczucie spełnienia, sensu życia, samorealizacji, mają to, czego my wszyscy szukamy. Problem polega jednak na tym, że nie szukamy tego we właściwym miejscu. Znacie historyjkę szejka Nasruddina?

Jeden z sąsiadów zastał Nasruddina na kolanach szukającego czegoś.
– Czego szukasz mułło?
– Mojego klucza, zgubiłem go.–
I obaj na klęczkach, zaczęli szukać zgubionego klucza. Po chwili sąsiad zapytał:
– Gdzie go zgubiłeś?
– W domu.
– Święty Boże! W takim razie dlaczego szukasz go tutaj?!
– Bo tu jest więcej światła.

Nasruddin szukał klucza nie tam, gdzie go zgubił, lecz tam gdzie było jaśniej, więcej światła. My też szukamy swojego klucza do szczęścia nie w tym miejscu. Jedni szukają go w sukcesach, w popularności, w sławie, w pieniądzach, dobrach materialnych, nowych samochodach, inni w nowych znajomościach, w dobrych interesach, w nowych kobietach albo mężczyznach, w nowych doświadczeniach, rozrywkach, narkotykach, mocniejszych wrażeniach, w zbrodni, okrucieństwie itd. Wszyscy szukają szczęścia, wydaje im się, ze znaleźli i ... za sekundę znowu zaczynają szukać. I tak bez końca. Chyba, że mają szczęście i spotkają kogoś, kto im powie gdzie szczęście można znaleźć. Może być też tak, że mając wszystko czego pragnęli poczują pustkę, bezsensowność własnego życia, własnego istnienia w tym świecie i ogarnie ich głęboki smutek, może nawet rozpacz. Wtedy też musi znaleźć się ktoś, kto powie, że szczęście jednak można znaleźć, choć w zupełnie innym miejscu. Czy to znaczy, że skoro świat nie może dać nam szczęścia, którego szukamy, to należy świat odrzucić? Wyrzec się go? Zacząć uprawiać ascezę, porzucić rodzinę, wstąpić do klasztoru? Można tak zrobić. Ale nie trzeba. Znacie historyjkę o rybaku?

Bogaty przemysłowiec z Północy poczuł niesmak widząc pewnego rybaka z Południa, spokojnie opartego o swoją łódź i palącego fajkę.
– Dlaczego nie wypłynąłeś łowić? – zapytał przemysłowiec.
– Bo już złowiłem dość na dzisiaj – odpowiedział rybak.
– Dlaczego nie łowisz więcej niż to konieczne? – nalegał przemysłowiec.
– A cóż bym z tym robił? – zapytał z kolei rybak.
– Zarobiłbyś więcej pieniędzy – padło w odpowiedzi – Mógłbyś wtedy założyć motor do twojej łodzi, wypływać na głębsze wody i łowić więcej ryb. Wtedy też zarobiłbyś dość pieniędzy, by kupić sobie nylonową sieć, dzięki czemu miałbyś jeszcze więcej ryb i więcej pieniędzy. Szybko zarobiłbyś na drugą łódź... i być może, na całą flotę. Byłbyś wtedy bogaty tak jak ja.
– I co bym wtedy robił? – zapytał znowu rybak.
– Mógłbyś wtedy usiąść i cieszyć się z życia – odpowiedział przemysłowiec.
– A jak myślisz, co ja właśnie w tej chwili robię? – zapytał zadowolony rybak...

Zarówno jeden jak i drugi robili z naszego punktu widzenia błąd. Jeden myślał, że odczuwanie szczęścia można odwlec na później, najpierw należy zapewnić sobie “warunki” do rozwoju duchowego. Drugi myślał, że można być szczęśliwym “tu i teraz” i zaprzestać działania, które przecież szczęścia nie dają. Jeden był typowym człowiekiem interesu, drugi był typowym mnichem. On był szczęśliwy, nie wiadomo jednak, czy szczęśliwe były również jego dzieci i żona. Ona i one nie musiały przecież prezentować tego wysokiego stanu świadomości. Spotykając w swoim życiu takich “mnichów” sądzę, że w ogóle go to nie obchodziło. My jednak nie chcemy należeć ani do zapędzonych biznesmenów, ani do nic nie robiących “szczęśliwych” mnichów. Żyjemy w świecie i nie mamy zamiaru od niego uciekać. Taka ucieczka zwana bywa “kwietyzmem” albo “eskapizmem” i jest jednym z głównych argumentów przeciwko mistycyzmowi. Jak zostaniesz mistykiem to zaczniesz uciekać od świata, przestaniesz dbać o interesy, przestaniesz mnie pragnąć seksualnie, będziesz mruczkiem i odsuniesz się od innych, lepiej od razu idź do klasztoru. Nie ma większej od tego bzdury!!!

To są właśnie schematy, którym podlegamy. Mistyk – aha, to ten co buja w obłokach, nie stoi twardo na ziemi. Bzdura!!! W rzeczywistości jest odwrotnie, przynajmniej może być, jeżeli tego zechcemy. Przekroczenie umysłu, przekroczenie ego nie oznacza zabicia go, zniszczenia. Nasza świadomość rozszerza się w czasie przeżycia mistycznego, ale ego pozostaje nienaruszone, więcej nawet – zaczyna zdrowieć i wzrastać w siłę. Czy to znaczy, że stajemy się egoistami? Oczywiście nie! Egoiści to ci, którzy mają silne, ale chore ego. Mając zdrowe ego lepiej funkcjonujemy w świecie. I w tym miejscu staje się jasny związek pomiędzy mistycyzmem i sukcesem, zdrowiem i bogactwem. Przeżycie mistyczne może być więc środkiem również do ulepszenia naszego życia codziennego. A odbywa się to na wielu różnych poziomach i na wiele sposobów.

Spójrzmy najpierw na zdrowie.

Jedną z najważniejszych praktyk mistycznych jest modlitwa albo medytacja. Polega ona na odwróceniu uwagi od świata zewnętrznego i zwróceniu jej do środka w kierunku umysłu, duszy albo w kierunku swego “ja”. Ktoś mógłby zapytać – a co to ma wspólnego z modlitwą i z Bogiem? to wcale nie jest żadna modlitwa. Otóż nie! To jest modlitwa, a nawet jedna z najwyższych jej form.

Mistycy od wieków wskazywali, że Boga nie można znaleźć w jakimś miejscu na zewnątrz, w jakiejś świątyni czy kościele, lecz najłatwiej można znaleźć Go w swoim sercu.

W swoim sercu to znaczy gdzie? W swoim “ja”. Serce u mistyków nie oznacza oczywiście fizycznego organu, nie oznacza również źródła emocji i sentymentalnych uczuć. Serce oznacza istotę człowieka, jego środek, najgłębszą tożsamość, jego “prawdziwe Ja”. Gdy mówimy i pokazujemy: “ja” – wskazujemy na...serce, prawda? Dlatego we wschodnim chrześcijaństwie mówi się o “modlitwie serca”. A więc skupienie na poczuciu “ja” jest jednocześnie krokiem w poszukiwaniu Boga. William Law, wielki mistyk powiedział: “Choć Bóg jest obecny wszędzie, jednakże jest On obecny dla ciebie tylko w najgłębszej i w najbardziej środkowej części twojej duszy. Zmysły dane przez naturę nie mogą posiąść Boga ani zjednoczyć cię z Nim; mało tego, twoje wewnętrzne władze rozumienia, woli i pamięci mogą tylko dosięgać Boga, ale nie mogą być miejscem jego zamieszkania w tobie. Ale jest w tobie korzeń czy głębia, z której wyłaniają się wszystkie te władze, podobnie jak linie z jakiegoś centrum lub gałęzie z pnia drzewa. Głębia ta zwie się środkiem, źródłem lub dnem duszy. Jest ona jednością, wiecznością – powiedziałbym niemal: nieskończonością – duszy; jest bowiem tak nieskończona, że nic innego nie może jej zaspokoić ani dać jej spoczynku jak tylko nieskończoność Boga.”

Edyta Stein, która ma być w tym roku kanonizowana mówi wyraźnie: “Bóg mieszka w “Ja” człowieka.” Mistrz Eckhart, średniowieczny mistyk i teolog również wyraźnie to stwierdza: “Poznający i to, co on poznaje, są jednym. Prości ludzie wyobrażają sobie, że powinni widzieć Boga tak, jakby On stał tu, a oni tam. Nie jest tak. Bóg i ja jesteśmy jednym w poznaniu.”

Podobnie św. Katarzyna z Genui: “Moim ja jest Bóg i nie znam żadnego innego ja poza moim Bogiem”.

Święci ci nie mieli oczywiście na myśli ja – ego, tego ja, które znamy w tej chwili. Gdyby tak było byłby to wyraz nie tyle świętości co absolutnej paranoi, którą był opętany np. Adolf Hitler. Im chodzi o “prawdziwe Ja”, które jest podstawą naszego umysłu, również podstawą naszego “ja – ego”, mistycy mówią, że jest ono podstawą wszystkiego i stanowi jedność z Bogiem.

Medytacja jest więc formą modlitwy. Skupienie się na “ja” jest medytacją. Wracając jeszcze na chwilę do problemu modlitwy. Jeżeli nie skupimy się na ja, to na czym mielibyśmy się skupić? Niektórzy odpowiadają: “no jak to, na Bogu, na Chrystusie”. Ale uwaga!!! Czy my naprawdę w czasie modlitwy skupiamy się na Bogu, czy może na myśli o Nim, albo na wyobrażeniu Chrystusa?!

Czy rzeczywiście możemy skupić się na prawdziwym, obecnym, żywym Bogu? Czy na jego obrazie?

Według mnie obraz Boga jest bardziej nierealny niż “ja”. Według mojego doświadczenia “ja” byłem pierwszy zanim zaistniał we mnie obraz Boga. Nie Bóg – obraz Boga. Jeżeli mam do wyboru nierealny obraz albo realne (lub przynajmniej mniej nierealne) “ja”, wybiorę do skupienia to drugie.

Św. Jan od Krzyża – jeden z największych mistrzów modlitwy stwierdził: “Wszystko, co wyobraźnia potrafi stworzyć, a rozum pojąć i zrozumieć w tym życiu, nie jest i nie może być środkiem przybliżającym jedność z Bogiem.”

Natomiast Mistrz Eckhart stwierdził:: “Kto poszukuje Boga w ustalonej formie, ten chwyta formę, pomijając ukrytego w niej Boga”.

Teraz już naprawdę wracając do medytacji: okazuje się, że medytacja ma ogromny, bardzo pozytywny wpływ na zdrowie, zarówno psychiczne jak i fizyczne. Naukowcy wykonali niezliczoną ilość badań, które potwierdziły pozytywne działanie medytacji. Przede wszystkim medytacja wpływa na poziom stresu w naszym życiu, to znaczy skutecznie go obniża.

Czynniki stresotwórcze towarzyszą naszemu życiu cały czas. Nadmierne napięcie w domu i pracy, kłopoty finansowe, znalezienie się w trudnym do zniesienia klimacie lub wrogim środowisku, utrata bliskich i ukochanych, przemoc fizyczna i poddanie się presji emocjonalnej... itd. Nawet radosne wydarzenia takie jak ślub, awans w pracy, kupno nowego domu czy narodziny dziecka mogą stać się przyczyną stresu. Można poczuć się “zestresowanym” jeżeli nie można osiągnąć wytyczonego celu lub zaspokoić jakiegoś pragnienia.

Kiedy stres trwa zbyt długo, wywołuje w organizmie zmiany biologiczne – ogólny zespół adaptacyjny Seyly’ego. Składa się on z trzech faz – alarmowej, odporności i wyczerpania – i odpowiadają za niego gruczoły nadnercza. Jeżeli gruczoły nadnercza (GN) pracują ospale będziecie czuć się “zestresowani” i będziecie mieć skłonności do alergii, jeżeli są zbyt aktywne mogą powodować nadciśnienie, lęki, depresje oraz wysoki poziom cholesterolu i cukru we krwi.

Faza alarmowa przygotowuje organizm do walki lub ucieczki (WLU). Pobudzony mózg i układ hormonalny zwiększają wydzielanie adrenaliny i innych hormonów napięcia. Pomagają organizmowi przygotować się do działania. Serce zaczyna bić szybciej, ciało zaczyna się pocić, procesy trawienne zwalniają tempo, wątroba uwalnia glukozę do krwi. Organizm mobilizuje energię do WLU.

Gdy stresująca sytuacja mija organizm odpoczywa, jeżeli nie mija rozpoczyna się faza odporności, która umożliwia organizmowi kontynuowanie zmagań ze stresem. Ważną rolę odgrywają tu kortykosteroidy. Na przykład glukokortykoidy pomagają zamienić białko w energię, mineralokortykoidy powodują zatrzymanie sodu we krwi, co podnosi ciśnienie. Jeżeli stan napięcie przedłuża się dalej GN zaczynają odmawiać współpracy i zaczyna się faza wyczerpania, praca narządów słabnie i człowiek staje się podatny na choroby. GN wytwarzające więcej hormonów stresu powstrzymują produkcję białych krwinek i prowadzą do zaniku grasicy, czyli uderzają w podstawy układu odpornościowego organizmu, który staje się bardziej podatny na infekcje i choroby.

Nadmiar napięcia potrzebuje ujścia w ćwiczeniach fizycznych, psychoterapii, spotkaniach towarzyskich, hobby lub technikach relaksacyjnych.

Stresu nie da się uniknąć, nic nie pomoże unikanie stresu, może to prowadzić do alkoholizmu, narkomanii by uciec od swoich problemów. Niektórzy unikają stresu tak bardzo, że całkowicie zaprzeczają, iż mają jakiekolwiek problemy. Inni zaczynają zachowywać się agresywnie lub zaczynają stosować klasyczne mechanizmy obronne: przeniesienie, projekcję, regresję (nagłe, dziecinne zachowanie np. wybuchy złości)i racjonalizację (usprawiedliwiamy nasze zachowanie lub fakt, że mamy problemy).

Stąd wiele chorób, na których powstanie stres silnie wpływa może być leczona poprzez medytację. Tysiące praktykujących i wielu naukowców stwierdziło lecznicze działanie medytacji w takich chorobach jak: nadciśnienie, choroby krążenia, wrzody żołądka, nerwice, astma, choroby serca i wiele innych.

Leczniczy wpływ medytacji może być rozpatrywany na kilku różnych poziomach. Po pierwsze medytacja związana jest ze stanem bardzo głębokiego rozluźnienia, czyli relaksu. Regularne wywoływanie w ciele reakcji relaksacyjnej, obniża poziom stresu w ciele i usuwa szkodliwe substancje, które podczas stresu są do krwi wydzielane. Organizm się oczyszcza po względem biochemicznym.

CZĘŚĆ II

Jednak medytacja ma również leczniczy wpływ na umysł. Medytacja oczyszcza naszą osobistą nieświadomość, albo jak niektórzy mówią naszą podświadomość.

Wiadomo, że nasze obecne funkcjonowanie uzależnione jest od wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie zachowania uwarunkowane są naszą przeszłością. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z tego uwarunkowania, czujemy się trochę jak marionetki poruszane przez niewidzialne nici naszych popędów, urazów, kompleksów, nastrojów, itd. Związane jest to z ogromnym obszarem naszego umysłu, który zapadł się w niepamięć, albo nieświadomość. Jest to dość dobrze zbadane przez psychologów głębi, np. przez S. Freuda i C.G.Junga.

Twierdzą oni, że umysł został podzielony na dwie części, jedną świadomą i drugą nieświadomą. Jedna nazywana jest “personą” od greckiego terminu oznaczającego maskę aktorską. Jest to więc nasza twarz, którą prezentujemy początkowo innym, ale później również sobie. Po prostu tak mocno do nas przywiera, że nie potrafimy już zobaczyć naszej prawdziwej twarzy. Druga część umysłu nazywana jest cieniem. Nie tylko dlatego, że nie zdajemy sobie z niej sprawy, lecz również dlatego, że ukryte są w niej różne “ciemne” sprawki: nieakceptowane emocje, popędy, myśli itd. Cień narasta szczególnie w dzieciństwie w okresie przystosowania społecznego, czyli podczas wychowania. Szczególnie wtedy, gdy wychowanie to było bardzo restrykcyjne, tłumiące pierwotne impulsy dziecka. Każdy z nas to przechodził, musieliśmy przystosować się do życia wśród innych, chociażby po to by przeżyć fizycznie. Każdy z nas ma więc swój cień. Bardzo często bierze on udział w procesie tzw. projekcji. Odczuwając nieświadomie jakąś emocję, np. agresję, nie pozwalam jej pojawić się we mnie, więc “projektuję” ją na zewnątrz, w świat zewnętrzny i np. przypisuję ją jakiejś innej osobie, najczęściej bliskiej osobie. Nie zdaję więc sobie sprawy z agresji w sobie, ale widzę ją u swojego partnera. Ja jestem OK ty nie jesteś OK. Jeżeli to się przedłuża, zaczynam się bronić przed agresją i wycofuję się – popadam w depresję, mam chandrę. Jeżeli macie więc chandrę zastanówcie się co tak naprawdę was wkurza!!!

Jak można w takim stanie dobrze funkcjonować? Jak można nawiązywać prawdziwe głębokie relacje z innymi? Jak można osiągnąć pełnię swoich możliwości, gdy żyjemy w cieniu nieświadomych kompleksów?

Medytacja potrafi odsłonić przed nami naszą podświadomość, dzięki niej możemy dotrzeć do naszego cienia i wyprowadzić go na słońce świadomości. Nie jest to proces przyjemny. Pamiętajmy, że cień stworzyliśmy sami na wcześniejszym etapie rozwoju. A jego stworzenie było koniecznością. Teraz jesteśmy już bardziej rozwinięci, bardziej dojrzali i nie musimy już obejmować strefą cienia tak wielu uczuć, emocji, pragnień, popędów i myśli. Wiemy już, że odczuwanie emocji nie oznacza konieczności jej wyrażenia. Zdając sobie sprawę z własnego gniewu nie musimy od razu rzucać się na drugiego człowieka z pięściami. Tak postąpiłoby dziecko, nie człowiek dorosły. A więc w medytacji spotykamy się ze swoim cieniem i uwalniamy go. Wtedy zaczyna się proces budowania zdrowego i silnego ego. We właściwej praktyce ego nie jest niszczone, inaczej medytacja prowadziłaby do zaburzeń narcystycznych albo nawet do psychozy. We właściwej praktyce duchowej nie możemy starać się zniszczyć ego, a jedynie poprawić jego stan – uzdrowić je i wzmocnić!

Jaki to daje efekt? Człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego kim jest, na poziomie osobowości, staje się kimś. Odkrywa swoje możliwości, dobre i słabe strony, ma większą samoświadomość może więc lepiej ocenić samego siebie. Nie wpada w pułapki – niedoceniania własnych możliwości lub przeceniania własnych możliwości. Odnajduje złoty środek, ma lepszy kontakt z realiami. Zdając sobie sprawę z tego wszystkiego bardziej racjonalnie steruje swoimi działaniami, co jest jednym z ważniejszych czynników powodzenia, czy też sukcesu.

I w tym momencie dotykamy związków medytacji i mistycznych stanów świadomości z dobrobytem, sukcesem i powodzeniem materialnym. Medytacja wpływa również pozytywnie na tę dziedzinę życia. Dzięki medytacji jesteśmy bardziej zrelaksowani, wypoczęci, mamy więcej siły, większy dystans i lepiej potrafimy ocenić realia. Ponadto dzięki medytacji uzyskujemy narzędzie zmiany własnej podświadomości, która u wielu ludzi została niestety zmanipulowana, tak by nie wykorzystywać pełni własnych możliwości w świecie konkurencji.

Nie wiem, czy zauważyliście fakt, że jesteśmy od dzieciństwa zaprogramowywani jak komputery, by nie osiągać pełni możliwości, by nie wykorzystywać wszystkich energii psychicznych i fizycznych. Wiele instytucji władzy – od kościołów po rządy – zainteresowanych było przez wieki, by tłumić nasz rozwój i wolność na różne sposoby. Nie wynikało to z ich złej woli. Taka była po prostu konieczność rozwoju nas jako gatunku. Podobnie jak dziecko musi przejść pewien etap przystosowania społecznego, my jako gatunek również ten etap musieliśmy przejść. Większość z nas ciągle tkwi jeszcze na tym etapie. Ceną za to tkwienie jest tzw. “świadomość niepowodzenia”. Nasze świadome myśli, działania, wybory w dużej mierze są kontrolowane przez nieświadomość, nie tylko naszą nieświadomość indywidualną, ale również nieświadomość zbiorową, naszą kulturę i religię. A jak zauważycie religia nie jest specjalnie stymulująca do osiągania sukcesów, przyjemności, dobrobytu. Wręcz przeciwnie na każdym kroku promuje się w religii ubóstwo, cierpienie, ascezę, poczucie winy, często przypisuje się przyjemnościom zmysłowym jeśli nie grzeszność to co najmniej niedoskonałość itp. Ma to swoją ograniczoną wartość kiedy trzeba np. nadać jakiś sens cierpieniu. Jednak jest to pomoc “na krótką metę”. Ponadto łatwo wpadamy w mechanizm “samospełniającej się” przepowiedni. Podświadomie dążymy do przeżywania niepowodzenia i cierpienia, gdyż religia nadaje temu większą wartość niż przyjemności, rozkoszy i dobrobytowi. Jesteśmy uwarunkowywani i nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy. Żyjemy uwarunkowani nie zdając sobie z tego sprawy. Znacie historyjkę o dwóch facetach?

– Henry, jak się zmieniłeś! Byłeś kiedyś taki wysoki, a teraz jesteś taki niski. Byłeś dobrze zbudowany, a teraz jesteś taki szczupły. Byłeś blondynem, a teraz włosy ci ściemniały. Co się stało, Henry?
A Henry odpowiada:
– Nie jestem Henry, jestem John.
– Och, i do tego zmieniłeś imię!

Uwarunkowanie, którego sami w sobie nie widzimy, nie pozwala nam ostro zobaczyć rzeczywistości, i co za tym idzie, nie pozwala nam właściwie funkcjonować.

Nikt świadomie nie dąży oczywiście do niepowodzenia, co więcej, wielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że przyjemność, rozkosz nie jest grzechem, że powodzenie nie jest grzechem, bogactwo również. Jest to jednak wiedza intelektualna, my to wiemy swoim rozumem, który kształtował się stosunkowo krótko. Nasza podświadomość kształtowana była i jest o wiele dłużej i ma o wiele silniejsze energie do dyspozycji – religię, kulturę, filozofię. To nic, że my nie zajmujemy się tymi sprawami, one zajmują się nami. My jesteśmy zanurzeni w obrazach, promujących cierpienie i niepowodzenie. Nie mówiąc już o przyjemności i rozkoszy, którym zawsze przypisywano gorszą jakość, niedoskonałość albo nawet grzeszność. Spójrzcie nie tylko na obrazy religijne (ilu świętych było bogatych, albo przynajmniej zamożnych, ilu doświadczało radości i rozkoszy erotycznych?), spójrzcie na głównego manipulatora naszej podświadomości – na świat mediów: prasę, radio, telewizję. Co tam się promuje? Jeżeli ukazują one człowieka zamożnego to z pewnością jest on moralnie naganny, zawsze ma coś na sumieniu. Ponadto rządzi nami zwykła ludzka zazdrość, czy też zawiść w stosunku do ludzi zamożnych, mających powodzenie. Podświadomie staramy się ich w jakiś sposób “poniżyć”, przypisać im jakieś złe cechy, brudne sprawki, afery, łapówki itd. Podświadomie oceniamy ich źle, niektórzy nawet gardzą ludźmi zamożnymi i samym bogactwem. Jak w takiej sytuacji podświadomość ma nam pomóc?

Aby zmienić naszą podświadomość nie wystarczy tylko uświadomić sobie jakiej zostaliśmy poddani manipulacji. Potrzebujemy o wiele silniejszych technik niż zmiana poglądów. Potrzebujemy przemiany podświadomości. A tego można dokonać w wyższych stanach świadomości, m.in. poprzez medytację i odpowiednią wizualizację. Sztuka wizualizacji nie jest rzeczą trudną, ale trzeba wiedzieć jak to robić, trzeba się po prostu tego nauczyć.

Człowiek, który poprzez medytację i wizualizację wpływa pozytywnie na swoją podświadomość inaczej się zachowuje. Jest bardziej rozluźniony i zadowolony z życia, przejawia tzw. “świadomość dobrobytu” , tzn. nie jest przywiązany do pieniędzy, dzięki temu nie blokuje ich przepływu. Kiedy czytałem wywiady z tzw. ludźmi sukcesu, albo rozmawiałem z nimi osobiście, zauważałem, że bardzo często mówią oni, że właściwie sukces ich nie zmienił, że nawet przed osiągnięciem sukcesu byli zadowoleni z życia. Nie jest więc tak, że motorem postępu jest pragnienie. Niekoniecznie trzeba być chciwym, żeby dojść do bogactwa. Zbyt silne pragnienie może nawet być przeszkodą. Może zaciemniać umysł, przez co nie można zobaczyć tego co trzeba, np. okazji do wzbogacenia się. Karol Marks stwierdził, że byt kształtuje świadomość, ja natomiast sądzę, że to świadomość kształtuje byt i żeby zmienić swój byt, należy zmienić swoją świadomość, a właściwie podświadomość.

Wiele osób, które pracują nad swoją podświadomością w tym kierunku stwierdzają, że zaczynają się im przydarzać różne szczęśliwe przypadki. Niektórzy mówią nawet, że zdarzają im się wręcz zdarzenia cudowne albo paranormalne (np. wygrane na loterii).

Chciałbym omówić teraz ta kwestię. Otóż we wszystkich tradycjach mistycznych mówi się o tzw. darach Ducha Św., o charyzmatach, o mocach mistycznych, o tzw. siddhi w jodze itd. Normalną rzeczą na etapie przekraczania ego jest pojawienie się takich zdolności. Przejawiają się one w różnym stopniu, w różnej kolejności. Do najczęściej spotykanych należą: zdolność uzdrawiania przez dotyk, uzdrawianie na odległość (np. poprzez modlitwę), jasnowidzenie, sny prorocze, itp. Wszystkie szkoły jednak przestrzegają przed zbyt wielkim skupieniem się nad nimi. A popisywanie się nimi przed innymi uznają za przejaw najwyższej głupoty. Znacie ta historyjkę o Buddzie?

Budda wędrował po Indiach i pewnego dnia spotkał wielkiego i słynnego siddhę, który, kiedy mieli przeprawić się przez rzekę, zamknął oczy, wszedł w medytację i zaczął iść po falach rzeki na drugi brzeg. Budda przeprawił się łodzią. Kiedy dotarł na drugi brzeg, znowu spotkał pełnego dumy siddhę.
– Ile czasu praktykowałeś, by dojść do takich rezultatów? – zapytał Budda.
– Praktykowałem medytację po osiem godzin dziennie przez dwadzieścia lat, by opanować tę trudną sztukę chodzenia po wodzie – odparł siddha.
– A więc dwadzieścia lat twojego życia i ciężkiej praktyki medytacyjnej warte są dwanaście paisów. Tyle zapłaciłem przewoźnikowi za łódź!!!

W mocach mistycznych, podobnie jak w dobrach świata zewnętrznego, nie można znaleźć ostatecznego spełnienia. I podobnie jak przy tych ostatnich nie oznacza to, że nie można z nich korzystać. Nie należy jedynie do nich się przywiązywać, traktować tego typu zjawiska jak na to zasługują – jak zjawiska, które przecież przemijają, choć na swoim poziomie mają zastosowanie.

Rzeczywiście medytacja dość blisko związana jest z uruchamianiem naturalnych paranormalnych możliwości człowieka, szczególnie z uzdrawianiem, które bliżej będziemy omawiać w innym miejscu.

A więc medytacja ma wpływ na naszą podświadomość, oczyszcza ją i pozwala na wprowadzenie odpowiednich programów. Bez oprogramowania nie da się żyć! Do nas należeć może tylko wybór – który program sobie wybierzemy.

Mając możliwość wyboru oprogramowania umysłu przekraczamy jednocześnie ten umysł w medytacji i wprowadzamy naszą świadomość w sferę mistyczną, wkraczamy w sferę nadświadomości. Pojawianie się mocy mistycznych jest tego jasnym znakiem. Ale nie tylko one oznaczają nasz rozwój: pojawiają się stany poczucia jedności z kosmosem, z rzeczywistością, z wszystkimi istotami, z całym światem i z Bogiem. Pojawiają się ekstazy błogości i miłości oraz przeżycia pustki, która ma w sobie cały potencjał rzeczywistości, i inne stany świadomości o których bardzo trudno jest mówić jako że przekraczają one daleko umysł, myślenie i język, którym się teraz posługujemy.

Medytacja otwiera więc przed nami drogę nieskończoności.

Powiedziałem, że medytacja jest zwróceniem się do środka, odwróceniem uwagi od świata zewnętrznego, co nie oznacza zaśnięcia, chyba że mówimy o świadomym zaśnięciu, co praktykuje się w trochę bardziej zaawansowanych metodach (np. w tybetańskiej jodze snu, albo w oneironautyce), uzyskuje się wtedy bardzo fascynujące i niezwykłe stany odmiennej świadomości, w których kontakt z własną podświadomością i nadświadomością jest bardzo głęboki. Są to naprawdę niezwykle interesujące rzeczy! Teraz jednak nie chodzi mi o świadome śnienie, ale o proste zwrócenie uwagi na świat przeżyć wewnętrznych.

Najprostszym doznaniem wewnętrznym jest doznanie odczuwania własnego ciała. Kiedy skupimy bez napięcia swoją uwagę na własnym ciele zauważymy, że dzieje się dziwna rzecz – ciało się rozluźnia. Podobnie jest np. ze złymi emocjami, np. z gniewem. Kiedy jestesmy zagniewani i nagle zdamy sobie z tego jasno sprawę – gniew przestaje nami rządzić, a nawet może zniknąć zupełnie, pojawi się jasność umysłu i rozluźnienie. Jest to zupełnie spontaniczne, nie wymaga żadnego wysiłku i jest najlepszą techniką relaksacyjną, jaką znam. Nazywam ją relaksem spontanicznym. Jest to pierwszy etap medytacji, jak gdyby wstęp do niej. Zawiera jednak w sobie wszystkie najważniejsze elementy właściwej medytacji.

Po pierwsze – poddanie.

W czasie tego ćwiczenia nie starajmy się robić czegokolwiek, możemy na początku medytacji zadeklarować wewnętrznie poddanie swojej woli, oddanie się Bogu, Duchowi albo Jaźni. Mówimy sobie: “teraz niech się dzieje Twoja wola, cokolwiek miałoby to być. Ja nie wiem co się zdarzy, ale wiem, że będzie to służyć Dobru. Niczego nie oczekuję i wszystko przyjmę. Ja niczym nie kieruję.”

Po drugie – obserwacja bez reakcji.

Będąc przebudzeni rejestrujemy wszystkie doznania i wrażenia z ciała nie oceniając ich. Pozwalamy im być takimi jakie są i zmieniać się tak jak chcą. Puszczając kontrolę, zachowujemy przytomność. Zauważamy jak świadomość błądzi po całym ciele, jak wraca do oddechu jako jednego z silniejszych doznań, zauważamy jak ciało rozluźnia się pod wpływem nieosądzającej uwagi i wydechu itd.

Jeżeli umysł odpłynie z ciała w myślenie o przyszłości lub przeszłości, to w momencie gdy zdamy sobie z tego sprawę automatycznie powracamy do świadomości ciała, tu i teraz. Jeżeli przyjdą do głowy myśli o kontroli, technice medytacji itp. w momencie, gdy zdamy sobie z tego sprawę mówimy “nie wiem” albo “poddaję się Tobie” i po prostu obserwujemy “to co jest”.

Trwając w ten sposób zauważymy, jak głęboko ciało potrafi się rozluźnić wtedy, gdy mu w tym nie przeszkadzamy jakimiś technikami. Zauważymy również, że zaczynamy inaczej czuć swoje ciało, pamiętajmy jednak by nic z tym nie robić, po prostu zauważać i już, nic więcej.

To będzie wstęp do medytacji.

Relaks jest jednym z podstawowych warunków codziennej medytacji.

Na koniec chciałbym przekazać wam jedno z najważniejszych przesłań jakie ja sam otrzymałem od moich nauczycieli. Najlepiej odda je ostatnia już historyjka o orle w stadzie kur.

Pewien człowiek znalazł jajko orła i wsadził je do kurnika u siebie w zagrodzie. Mały orzełek wykluł się z jajka i zaczął dorastać razem z kurczętami. Przez całe życie zachowywał się jak kury, które go otaczały. Piał, gdakał, dziobał i drapał pazurami w ziemi, jadł robaki i ziarno. Nawet kiedy latał robił to niezdarnie i utrzymywał się w powietrzu tylko parę sekund. Mijały lata i orzeł zaczął się starzeć. Pewnego dnia zauważył na niebie wspaniałego ptaka. Płynął nad chmurami majestatycznie, bez wysiłku. Był piękny i dostojny. “Co to jest?”, zapytał orzeł. “To jest orzeł, król ptaków”, odpowiedziała kura, “ale przestań o nim myśleć, on jest inny niż my”. Tak więc orzeł przestał już o nim myśleć. Po wielu latach umarł i do końca życia wierzył, że jest tylko kurą.

Życzę wam, żebyście zdali sobie w pełni sprawę z tego, że każdy z nas jest duchowym orłem i nie musi słuchać kur, tylko odkryć swoją prawdziwą, orlą naturę.

Dziękuję bardzo!